czwartek, 23 grudnia 2021

Jak Ja nie cierpię turbulencji.

  Mam na koncie sporo lotów i wiem, że latanie dużymi samolotami daje lepszy komfort. Czasem jednak trzeba przemieścić się maleństwem na krótkich odległościach. Przelot z Pico na największą wyspę archipelagu,  Sao Miguel trwa jedyne 50 minut. Wchodząc na pokład lokalnego samolotu zauważyłem, że torebki ”na wszelki wypadek” wystają z kieszeni siedzeń, tak by można było szybko je użyć. Powinno to dać dużo do myślenia… Co prawda nie skorzystałem, ale spociłem się. Mało rzeczy jest w stanie wprowadzić mnie w stres, ale turbulencje, gdy samolot leci konkretnie w dół, to nie jest to co lubię. 

 Pierwszych kilka dni spędzamy eksplorując zachodnią część wyspy Sao Miguel. Pogoda jak to w grudniu, raczej padający deszcz, porywiste wiatry i mgły. Plus jest taki, że nie ma turystów, jedynie wybitne jednostki jak my. Kaldery wulkanów, endemiczna roślinność, kocie stada i wodne akwedukty. Podobno jest to pora roku gdy nie jest zielono…








sobota, 18 grudnia 2021

Wyspa Pico.

   Obudziliśmy się wczesnym rankiem z nadzieją, że prognozy pogody były mylne i dzień na objazd wyspy będzie idealny. Był idealny bo mieliśmy auto. Było w nim sucho, ciepło i grała muzyka a co najważniejsze, zatrzymywało się wszędzie tam gdzie chcieliśmy, ba, nawet cofało. Pogoda jak to pogoda o  tej porze roku, ma prawo być jaka jest, czyli deszczowa z okienkami, które skwapliwie wykorzystywaliśmy. Chcieliśmy poznać czy Pico jest faktycznie taką jak ją opisują, czy nawet w środku pory deszczowo-zimowej jest tak zielona. Nie zawiedliśmy się, Co kilka kilometrów robiliśmy przerwy bo widziałem ujęcie, które warto uchwycić. Urwiska, zielone pastwiska, zielone krowie kupy na asfalcie i tym bardziej na naszym białym aucie. Ogromne  fale u południowych wybrzeży i łagodne na północy. Pyszny obiad w lokalnej restauracji, na deser zbierane z przydrożnych drzew opadłe pomarańcze. Były momenty gdy sycilismy oczy pięknym słońcem oraz widokami na ocean z 300-metrowych klifów na których biegnie droga. Były chwile, że zwalnialiśmy do 20km/h by cokolwiek widzieć zza ściany ulewnego deszczu. Widziałem kilka już miejsc na ziemi, ale ta wyspa mnie urzekła. Żadne zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca na żywo. 








czwartek, 16 grudnia 2021

Intensywna doba bycia podróżnikiem.

  Wczoraj chyba byliśmy zmęczeni, nie brakiem kondycji, ale tempem, jakie narzuciliśmy. Po kolei. Skoro Portugalia to i wino Porto, mocniejsze, ale jakże smaczne i rozluźniające zmęczenie ostatniej, intensywnej doby. Wtorkowym, późnym popołudniem opuszczamy przepiękne plaże Algarve, pędzimy cały wieczór do Lizbony, by po kilku godzinach snu wstać o 4.30 i znowu pędzić na lotnisko. Lot opóźniony więc już pewne napięcie, bo plan się może posypać a kalendarz pęka w szwach. Pierwotny plan zakładał, że lądujemy na wyspie Faial w archipelagu Azorów leżących prawie pośrodku Atlantyku. Spędzić na niej dzień, by ostatecznie przepłynąć promem na sąsiednią wyspę Pico. Kolejnego dnia rankiem zaatakować najwyższy szczyt Azorów, zarazem Portugalii i największego wzniesienia Grzbietu Śródatlantyckiego. Proste, szybkie i ciekawe. Niestety pogoda. Wiemy, że nie będzie tak pięknie jak byśmy tego chcieli więc założenia do poprawki. Co zrobiliśmy. Lądujemy na wyspie Faial o godz. 10.05 czasu lokalnego z 45-minutowym opóźnieniem, Wiemy, że dnia następnego na szczycie wulkanu Pico będzie pogodowy armagedon więc nie ma sensu czekać i z lotniska pędzimy taksówką do oddalonego o 10 km portu w miasteczku Horta. Tuż przed odpłynięciem promu wskakujemy na pokład, o kurczę, prawie już zapomniałem jak to jest gdy buja i nie jest to jezioro ha ha ha. Widzimy, że na sąsiedniej wyspie pięknie prezentuje się szczyt Pico, ten sam, który kilkadziesiąt minut wcześniej widzieliśmy wystający ponad chmury z pokładu samolotu. Już czujemy podniecenie, że prawdopodobnie dziś jeszcze zdążymy wejść na górę, zanim spadnie deszcz i śnieg. W portowej Madalenie kierujemy się do wypożyczalni aut. Chwilę później jedziemy z pełnym uśmiechem na twarzach pośród promieni słońca i muzyki, wprost do położonego na wysokości prawie 1200 m n.p.m. Casa da Montanha. Po uiszczeniu opłaty parkowej wychodzimy na jedyny oficjalny szlak, prowadzący na szczyt (2351 m n.p.m.). Pogoda na dzień dobry się zmienia, nie jest dobrze, mgła i mżawka. Nadal mamy nadzieję, że powyżej 2000 m jest już tak przejrzyście i pięknie jak widzieliśmy. Niestety jest coraz gorzej. Mamy do pokonania 1151 m prawie w pionie i jest godzina 13.00, czy jest sens to robić? Kto nie ryzykuje ten pije kompanijnego browara przed TV, czyli nie my. Z minuty na minutę pogoda mówi "dajcie sobie na luz" a my wciąż do przodu. Wzmaga się wiatr, spada temperatura a widoczność staje się coraz bardziej ograniczona. Po 500 metrach w górę Katarzyna rezygnuje, później okazuje się, że to była bardzo dobra decyzja. Cóż tu mówić, doświadczenie zdobyte latami na dużych wysokościach. Z kolei ja idę dalej, bo przecież jeszcze dwie godziny wcześniej widzieliśmy przepiękny widok na wierzchołek. W końcu docieram na szczyt, przemoczony do szpiku kości, z kosmicznym tętnem i zadowoloną gębą. Nie była to mgła, tylko porywisty, silny wiatr z gęstą mżawką, poza tym na wysokości powyżej 2300 m wszystko zamarzało. Jestem uparty, ale "jeśli czegoś nie można, ale tego bardzo się chce to można". Chyba musiałem i było to tego warte. Trasę siedmiogodzinną pokonałem w cztery. Schodząc warunki pogorszyły się jeszcze bardziej, pomimo tego nie odebrało to radości tej doby. Ekspresowa doba w życiu podróżnika, którą zakończyliśmy w portowej restauracji sycąc się daniami z owoców morza w wydaniu ludzi, którzy znają się na tym od setek lat. Pychota. Czy jest ktoś chętny na taki "wypoczynek" ?