czwartek, 16 grudnia 2021

Intensywna doba bycia podróżnikiem.

  Wczoraj chyba byliśmy zmęczeni, nie brakiem kondycji, ale tempem, jakie narzuciliśmy. Po kolei. Skoro Portugalia to i wino Porto, mocniejsze, ale jakże smaczne i rozluźniające zmęczenie ostatniej, intensywnej doby. Wtorkowym, późnym popołudniem opuszczamy przepiękne plaże Algarve, pędzimy cały wieczór do Lizbony, by po kilku godzinach snu wstać o 4.30 i znowu pędzić na lotnisko. Lot opóźniony więc już pewne napięcie, bo plan się może posypać a kalendarz pęka w szwach. Pierwotny plan zakładał, że lądujemy na wyspie Faial w archipelagu Azorów leżących prawie pośrodku Atlantyku. Spędzić na niej dzień, by ostatecznie przepłynąć promem na sąsiednią wyspę Pico. Kolejnego dnia rankiem zaatakować najwyższy szczyt Azorów, zarazem Portugalii i największego wzniesienia Grzbietu Śródatlantyckiego. Proste, szybkie i ciekawe. Niestety pogoda. Wiemy, że nie będzie tak pięknie jak byśmy tego chcieli więc założenia do poprawki. Co zrobiliśmy. Lądujemy na wyspie Faial o godz. 10.05 czasu lokalnego z 45-minutowym opóźnieniem, Wiemy, że dnia następnego na szczycie wulkanu Pico będzie pogodowy armagedon więc nie ma sensu czekać i z lotniska pędzimy taksówką do oddalonego o 10 km portu w miasteczku Horta. Tuż przed odpłynięciem promu wskakujemy na pokład, o kurczę, prawie już zapomniałem jak to jest gdy buja i nie jest to jezioro ha ha ha. Widzimy, że na sąsiedniej wyspie pięknie prezentuje się szczyt Pico, ten sam, który kilkadziesiąt minut wcześniej widzieliśmy wystający ponad chmury z pokładu samolotu. Już czujemy podniecenie, że prawdopodobnie dziś jeszcze zdążymy wejść na górę, zanim spadnie deszcz i śnieg. W portowej Madalenie kierujemy się do wypożyczalni aut. Chwilę później jedziemy z pełnym uśmiechem na twarzach pośród promieni słońca i muzyki, wprost do położonego na wysokości prawie 1200 m n.p.m. Casa da Montanha. Po uiszczeniu opłaty parkowej wychodzimy na jedyny oficjalny szlak, prowadzący na szczyt (2351 m n.p.m.). Pogoda na dzień dobry się zmienia, nie jest dobrze, mgła i mżawka. Nadal mamy nadzieję, że powyżej 2000 m jest już tak przejrzyście i pięknie jak widzieliśmy. Niestety jest coraz gorzej. Mamy do pokonania 1151 m prawie w pionie i jest godzina 13.00, czy jest sens to robić? Kto nie ryzykuje ten pije kompanijnego browara przed TV, czyli nie my. Z minuty na minutę pogoda mówi "dajcie sobie na luz" a my wciąż do przodu. Wzmaga się wiatr, spada temperatura a widoczność staje się coraz bardziej ograniczona. Po 500 metrach w górę Katarzyna rezygnuje, później okazuje się, że to była bardzo dobra decyzja. Cóż tu mówić, doświadczenie zdobyte latami na dużych wysokościach. Z kolei ja idę dalej, bo przecież jeszcze dwie godziny wcześniej widzieliśmy przepiękny widok na wierzchołek. W końcu docieram na szczyt, przemoczony do szpiku kości, z kosmicznym tętnem i zadowoloną gębą. Nie była to mgła, tylko porywisty, silny wiatr z gęstą mżawką, poza tym na wysokości powyżej 2300 m wszystko zamarzało. Jestem uparty, ale "jeśli czegoś nie można, ale tego bardzo się chce to można". Chyba musiałem i było to tego warte. Trasę siedmiogodzinną pokonałem w cztery. Schodząc warunki pogorszyły się jeszcze bardziej, pomimo tego nie odebrało to radości tej doby. Ekspresowa doba w życiu podróżnika, którą zakończyliśmy w portowej restauracji sycąc się daniami z owoców morza w wydaniu ludzi, którzy znają się na tym od setek lat. Pychota. Czy jest ktoś chętny na taki "wypoczynek" ?



wtorek, 14 grudnia 2021

Podróże w czasach zarazy. Portugalia.

 Gdzie wyjechać, jak sobie poradzić w gąszczu obostrzeń i eventualnego ryzyka w miejscu docelowym. Udać się ponownie w Góry Smocze a może do Meksyku na terenie którego strzelają coraz częściej do turystów. Gdzie covid-owe granice jeszcze otwarte a gdzie ceny biletów nie są już luksusem wyłącznie dla zamożnych. Istny labirynt z mnóstwem ślepych zaułków.

 Dawno  nie mieliśmy kontaktu z moim zaprzyjaźnionym na Madagaskarze Kanadyjczykiem oraz Carlą z Hiszpanii. Okazało się, że od kilku miesięcy zamieszkują południowa Portugalię. Są typowymi "cyber nomadami". Pracują poprzez sieć, nie są trwale związani z biurem więc co jakiś czas zmieniają kraje. Pracują i przy okazji zwiedzają, o ile jest to obecnie możliwe. Tym razem padło na Portugalię. Kolejny raz wykonujemy covid testy, tym razem mniej niż na wiosenną Kostarykę. Wystarczy antygenowy, trochę tańszy. Po kilku godzinach lotu tanimi liniami ( tanie obecnie tylko z nazwy) lądujemy w Lizbonie czując się jak sardynki w konserwie. Cóż, nikt nie kazał. Kolejnych kilka godzin spędzamy w aucie by finalnie po prawie trzystu kilometrach dotrzeć do południowych wybrzeży tego kraju. Miasteczko postojowe Guia. Rankiem, jeszcze niedospani ruszamy na eksplorację okolicy. Pomimo, że to nadal Europa, nie zmienia to faktu, że też ciekawa, inna niż nasza. Cieplej,  może bez fajerwerków ale widoki rekompensują wszystko.W moim przypadku dodatkowo przypominający wiele szum oceanu. Samo miasteczko w sobie wygląda jak w czasach zarazy, opustoszałe, ale powód jest zgoła inny, to okolice sezonowej turystyki masowej. Obecnie przemykają opustoszałymi ulicami nieliczni backpackersi oraz niemieccy turyści w kamperach, my tymczasem eksplorujemy  widowiskowe wybrzeże pełne muszli zasklepionych w skałach. Odrobina oddechu i normalności jakiej każdy z nas chyba obecnie poszukuje i potrzebuje. Jak zawsze powtarzam, czytać z poziomu komórki,  kliknąć na dole strony w " wyświetl wersję na komputer",  niestety blogger rozrzuca układ.






sobota, 6 marca 2021

 Nastapily problemy techniczne z aparatem. W podrozy to sie zdaza. Pozostaje komorka 🙂 Kostaryka.



piątek, 5 marca 2021

Park Narodowy Manuel Antonio

W Polsce 7.00, tutaj 00.00. Nieopodal naszego hostelu rozciąga się jeden spośród licznych parków narodowych Kostaryki - Parque Nacional Manuel Antonio. https://pl.wikipedia.org/wiki/Park_Narodowy_Manuel_Antonio . Nie jest okazały, ale ma bardzo dużo do zaoferowania. By zrozumieć czemu Kostaryka jest tak popularna turystycznie pomimo niezbyt imponujących pozostałości historycznych, należy cofnąć się o kilkadziesiąt lat w myśli politycznej kraju. Od końca lat 80. Kostaryka stała się popularnym celem podróży przyrodniczych, a jej główną przewagą konkurencyjną jest ugruntowany system parków narodowych i obszarów chronionych. Gdy wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej pogrążały się w chaosie wojen domowych i rewolt, w tym kraju postawiono na turystykę. Ciekawostka: Kostaryka jest jedynym w regionie krajem, który nie posiada armii. Piękno przyrody potrafiło przykuć na tyle uwagę, że stało się główną gałęzią rozwoju i utrzymania bardzo wielu osób. Park Narodowy Manuel Antonio rozciąga się na skalistych wzgórzach, porośniętych dżunglą i obmywanych falami Oceanu Spokojnego. Można spotkać tu wiele zwierząt, min. leniwce przytulone do pni w koronach drzew, buszujące poniżej w poszukiwaniu pokarmu ostronosy, wiele gatunków małp oraz wszystko to co można spotkać w dżungli, lasach namorzynowych i w pobliżu piaszczystych plaż. Włącznie z wszędzie pełzającymi iguanami. Przeszliśmy całą dostępną trasę, byliśmy na kilku punktach widokowych a co najlepsze, kąpaliśmy się na wszystkich, możliwych parkowych plażach, które chroni straż parkowa i jedynie zwraca uwagę by było czysto oraz spokojnie.

 



   


czwartek, 4 marca 2021

Kostaryka ( Costa Rica, hiszp. dosł. ‘’bogate wybrzeże” )

Uzależnienie od podróży to jedno, potrzeba zmiany klimatu, kultury i  kontynentu drugie. Najważniejsze jednak by nie dać się zwariować w tych czasach. Czemu Kostaryka? Bo w miarę tanie bilety oraz znikoma liczba obostrzeń na miejscu. Zanim jednak o tym kraju, kilka słów o przygotowaniach, które były zdecydowanie trudniejsze niż standardowo. Opiszę wyłącznie naszą drogę bo jest wiele opcji. Po pierwsze zdecydować się z dnia na dzień bo wszystko ewoluuje, proste. Nasza trasa wiedzie z Warszawy, poprzez Amsterdam do San Jose. Zgodnie z wytycznymi władz Holandii musimy posiadać dwa testy, pierwszy nie wcześniej niż 72h przed odlotem, typu RT PCR, drugi nie wcześniej niż 4h przed odlotem, test antygenowy. O ile pierwszy można wykonać w przyzwoitej porze, drugi już nie. Wylot, godz. 6.05 test przed odprawą musi być nie wcześniej niż 2.05 w nocy lub chwilę później, wesoło J. Pomiędzy pierwszym testem, a wylotem koniecznie trzeba jeszcze ogarnąć obowiązkowe ubezpieczenie na kwotę minimum 50tyś USD, które jest wymagane obecnie ze strony władz Kostaryki na wypadek zachorowania i leczenia ambulatoryjnego plus transportu covidowego do kraju macierzystego. Kolejny koszt, linie KLM nie wliczają bagażu rejestrowanego do biletu jak wcześniej, zatem należy dopłacić ok 300PLN za tą usługę w jedną stronę. Ostatni koszt, w San Jose należy uiścić opłatę lotniskową w wysokości 28$ za osobę. Uff, czas się spakować i ruszać. Na lotniskach poza standardową kontrolą oraz sprawdzeniem temperatury należy okazać wyników testów covidowych w języku angielskim. Teraz tylko 19,5h lotu z przesiadką i lądujemy na Kostaryce. By nie marnować czasu, z lotniska w San Jose pędzimy taksówką na dworzec autobusowy gdzie udaje się złapać ostatni autobus o 19.30 do oddalonego o ok. 150 km i 3h drogi, Manuel Antonio. Miejsce z najpiękniejszymi plażami wybrzeża Oceanu Spokojnego w tym kraju, w pełni wynagradza wszystkie poniesione trudy i koszty. Czas na odpoczynek i chill. Palmy, przyjaźni ludzie, chłodne piwo, cykady i szum fal. „Art Hostel Costa Linda” to miejsce w którym się zatrzymaliśmy. Pozostaje tylko dobrze się bawić mając niestety na uwadze, ze procedury testowe musimy wykonać kolejny raz przed opuszczeniem tego rajskiego zakątka ziemi. Pura Vida …